środa, 21 stycznia 2026

śnieg i mróz

 jak dawno nie bywało. Nawet taka zwykła droga do pracy co rano nie przestaje mnie zachwycać.

Wszędzie sterczą chabazie ubrane w kryształeczki lodu.

Róże jak ze starej pocztówki. Takiej czarno-białej z próbą retuszu na kolor.




Przemarznięta tuja.

A to zdziwiona zimą juka ogrodowa.



Owoce róży


i liście o niepowtarzalnej strukturze.


Biegnę do pracy, wiecznie spóźniona. A tu piękny nawet śnieg pod nogami.



Najeżył się, zupełnie jakby parował czy sublimował, i nagle złapał go mróz. Tyle cudów pod jednym butem.

sobota, 17 stycznia 2026

a tymczasem w karmniku...

 Na karmnikach oprócz antygołębiowych klatek pojawiły się antygołębiowe zasłonki.


Na moim blokowisku obowiązuje formalny zakaz umieszczania czegokolwiek poza obrysem ścian, czyli na zewnętrznej fasadzie budynku. Dlatego w lecie skrzynki z kwiatkami mam w środku. A w zimie jeden karmnik stoi na szafce, a drugi - z fotopułapką - zamontowałam po wewnętrznej stronie lodżii. Bo fachowo pisząc, to ja mam lodżię, nie balkon.

Od paru lat moje karmniki lądują w klatkach z patyków i sznurka, bo niezależnie od istniejącego formalnego zakazu dokarmiania gołębi i kawek, które są miejską zmorą, wolę dokarmiać (i fotografować) ciekawsze ptaki, a kawki i gołębie wyżerały wszystko. Czasem ryzykując skręceniem szyi i urwaniem łba.



I właśnie dlatego są te wszystkie klatki i zasłonki, i muszę zawsze pamiętać, żeby żarcie podawać w taki sposób, żeby nie dało się go wyciągnąć na zewnątrz. Dzięki temu problem kawek i gołębi mam chwilowo z głowy.





i jakoś mnie to nie martwi. 

Za to w karmniku mam kosa, który uważa się za jedynego władcę tych ziem


i wchodzi do klatek bez problemu.





i sikorka bogatka, który także pretenduje do roli jedynego karmnikowego suwerena i oczywiście w oczkach klatki się mieści





Ci dwaj między sobą rozstawiają po kątach całe ptasie towarzystwo, które ośmiela się tu czasem zajrzeć. A są to mazurki



Mazurki wchodzą do klatek, ale mają jakiś wrodzony talent do unikania kamerki. A jesli już się załapią, to kiepsko wychodzą.


No i przed sikorkiem muszą się chować.


Mam też kilka modraszek, czyli sikorek modrych



Czasami zalatuje do mnie osiedlowy dzięcioł duży:




Na nim klatka też jakoś nie robi wrażenia. Do dzięcioła nie podam linka, bo wpis o dzięciołach od dwóch lat czeka na utworzenie.

Całe to towarzystwo zajada ziarno słonecznika suche i wtopione w tłuszcz. Są też kule tłuszczowe kupione z sklepie i parę kawałków jabłka, którymi jednak mało kto się interesuje. 

W cieplejszych momentach dnia wystawiam w podstawce do kwiatków ciepłą wodę do picia, ale zwykle natychmiast zamarza i też nie bardzo kto się nią interesuje. Wbrew temu, co wszem i wobec wypisują, że ptaki śniegu nie jedzą i giną bez wody, mój kos zażera się świeżym śniegiem aż miło. Myślę, że u nas na wschodzie Polski gdyby ptaki nie jadły śniegu, dawno by wyginęły wszystkie. Bo wody po prostu nigdzie nie ma. Jest śnieg i lód. A problem pojawia się wtedy, kiedy bierze mróz, a śniegu nie ma. 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

w poszukiwaniu niebieskości

 zastanawiałam się, jaki kolor byłby najtrudniejszy do znalezienia w zimie, i wyszło mi, że niebieski. A dziś okazało się, że wcale nie. :P






To moja droga do pracy. A dla pełni szczęścia, zaszczycił mnie dziś niebieski, a jakże, kowalik:


Ale żeby teraz nie wyszło na to, że wszystko mamy takie niebieskie:







No niebieskawe jest, bo ciągle wychodzę do roboty po ciemku, a zanim dobiję do domu, to też już robi się ciemno. 

niedziela, 11 stycznia 2026

po zaśnieżonym parku

 zaśnieżoną aleją

dobrnęłam do zaśnieżonego parku.





śnieg trochę sypał, trochę prószył


na chwilę, ale dosłownie na chwilę, wyjrzało słońce


a ja podziwiałam gawrony i kawki



stado gołębi


i jednego kosa.


Śniegu było wystarczająco dużo, ale nie jakoś strasznie dużo.







I już myślałam, że wszystko się przed śniegiem i w śniegu pochowało, kiedy zobaczyłam wiewiórę


i dzięcioła, chyba średniego, ale uciekł, zanim dał się zidentyfikować.


Wydeptując ścieżkę w śniegu zeszłam na dolny park.


I tu niemal uderzyłam zmarzniętym nosem w równie zmarzniętą wiewiórę.



Zrobiłam jej całą serię zdjęć, zagadując przyjacielsko wcale nie pod nosem, zanim zdecydowała się przerwać konsumpcję i odwrócić się do mnie ogonem.

Zeszłam nad zamarznięte starorzecze.








Tam przywitał mnie tylko mały, brązowy strzyżyk, ale uciekł za szybko dla migawki. Za to w nadbrzeżnych krzakach zdybałam kowalika



i parę sikor ubogich czy czarnogłowych, dla mnie to jeden pies, przepraszam, jedna sikora. Były tak schowane w gałęziach, że nie wiem, czy je widać. Tu widać gruby sikorzy brzuszek:


a tu łepek:


Bogatka tam nawet nie usiłowała się chować.


Było na tyle zimno, że zdecydowałam się wracać. 


Po drodze zatrzymała mnie kalina, jak czerwone światło :)




i już na blokowisku - kilka zaiste zimowych pojazdów :)))