nietypową dla mnie trasą, bo po wale wiślanym i okolicach
lipowymi alejami
Cóż, zapachu Wam nie sfotografuję, ale o lipach pewnie napiszę...
W każdym razie lipową aleją doszłam do parku, a między lipami klucząc doszłam do mostku pierwszego, przy ulicy 4 Pułku.
Duszno było strasznie i wszędzie latały podejrzane muchy, ale że Stary Wierzbus niedawno runął z hukiem :P i raczej nie był groźny, chociaż nadal, jak sądzę, był żywy
zdecydowałam się iść dalej. Ale najpierw przyczaiłam się w starorzecznych trzcinach
pod, a jakże, lipami
i w końcu zrobiłam przyzwoite zdjęcia perkozka. Co napełniło mnie radością głęboką i optymizmem co do innych zdjęć na przyszłość, ale o tym potem.
Perkozek na mój widok zrobił tak:
... i chlup.
Zachowywałam się naprawdę cicho - tak cicho, że śpiący gągoł ledwie oczy otworzył, i to chyba bardziej na perkozkowe chlup niż moje pojawienie się między trzcinami.
Równie dyskretnie z trzcin się wycofawszy, ruszyłam dalej. Przez pole pszenicy
wokół nadwiślańskich działek
aż do wiślanego wału.
Roślin po drodze było mnóstwo: maki, przymiotna, wyki, słoneczniczki, ognicha
Dziurawca jak na lekarstwo. Ano, na lekarstwo - i chyba za wcześnie przyszłam. Powinnam pojutrze.
Znalazłam kilka dziurawcowych kępek i zrozumiałam, dlaczego w zasadzie to powinnam ścinać je srebrnym sierpem :P. Podania głosiły, że tylko zioła ścinane takowym mają leczniczą moc. I racja. Srebrny nie srebrny, ważny był ten sierp - żeby całej rośliny nie zniszczyć. Jak obetniesz górę, dół odrośnie i jeszcze zakwitnie. Czemu nie zwykłym sierpem? Bo zwykłego nikomu by się nie chciało brać, wszyscy by łamali, darli, rwali, niszczyli. A tak - jest magia, jest ochrona przyrody.
Zatem ścinałam świętojańskie ziele niklowanymi nożyczkami i na to samo wyszło.
I tak doszłam do pomnika z 1944 roku, pisałam o nim
tu :klik:
Przemaszerowałam jeszcze kawałek, ciesząc się widokami
i zasiadłam na trawie celem odmówienia właściwej porcji modlitw brewiarzowych.
Kończyłam, kiedy usłyszałam charakterystyczny fletowy głos. "Zofija" to nadinterpretacja, ale wilgi naprawdę śpiewają ładnie. Dłuuuugo czatowałam z aparatem - wilgi są jeszcze trudniejsze do zdybania niż perkozki. I udało mi się (na razie) uzyskać tyle:
No, pierwsze moje zdjęcia perkozków też były do niczego, może na wilgę też przyjdzie czas?
Wracam. Zarośniętą drogą u podnóża wału.
Podziwiam żółte komonice (Tomcie Paluchy?) i zielone jeszcze mikołajki.
Białe baldachy szczwołu może
fioletowe cieciorki
pachnący rumiankiem rumianek :)
Przedzieram się przez łan dojrzewającego rzepaku
i w końcu docieram do ZDUNGowskiej drogi.
Sad zapowiada jabłkową ucztę - może już za miesiąc
pola mienią się kolorami
i wracam do domu kolejną lipową aleją.
Przez drugi mostek
biegiem - bo trzeba obiad gotować...