a konkretnie przedostatniego marcowego dnia.
Na blokowisku wiosna. Kwitną forsycje
i wszędzie pełno grzywaczów
dziobiących łany jasnoty.
Liście zieloniutkie
klony zaczynają kwitnąć. Jesionolistne
i zwykłe.
Między młodymi listkami śpiewają zięby
i ćwierkają wróble. Te prawdziwe, nie mazurki. Tu akurat samiczka.
Sierpówki pohukują, jakby były sowami.
Kwitną już mirabelki, co trochę by tłumaczyło aktualny wiosenny chłodek. Zapach oszałamiający.
W sąsiednich ogrodach kwitną morele chyba. A może brzoskwinie?
Magnolie wielkokwiatowe w pąkach, ale kwitną już magnolie gwiaździste.
Mijam jakiś zagubiony wśród innych zapomniany ogródek. Jest ich tu kilka - właściciele prawdopodobnie poumierali, ogród żyje swoim życiem. Ten akurat - życiem sasankowym.
Nie muszę chyba pisać, z jak dziką radością objęłabym jeden z tych ogródków, gdyby mógł być moją własnością. Ale nigdy żaden nie będzie.
Mijam żółte derenie
łany białych i niebieskich fiołków
i wreszcie wchodzę w furtkę swojego ogrodu.
U mnie, na północnym stoku, ciągle kwitną krokusy:
Pojawiają się pierwsze narcyzki, nieśmiałe cebulice i ich najbliżsi krewni, jakiś kwitnący barwinek.
przylaszczki, fiołki, wrzośce, pierwiosnki.
Pszczoły - te domowe i te dzikie - uwijają się dookoła.
Przy resztkach karmnikowych uwijają się mazurki - do porównania z Panią Wróbel powyżej.
A w krzakach śpiewa rudzik (:klik: - może pójdzie?)
o ten:
:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę jakoś podpisywać komentarze.