sobota, 28 września 2024

pieszo na cmentarz

 za Wisłę. 


W ostatnich promieniach jesiennego (a może babio letniego?) słońca. 


Idę przez miasto w kierunku starego mostu.


Po prawej mam port


Po lewej działki. Dochodzę do mostu.


O moście innym razem. 

Wzdłuż Wisły po obu stronach rosną gęste łęgowe krzaki.



W rzece wody niewiele. Latają kawki, gołębie


daleko, pod nowym mostem pełno mew i kilka łabędzi.


Trochę bliżej jakiś zabłąkany kormoran


i kilka krzyżówek.

Już jestem po drugiej stronie Wisły.


Tam idę:

Mijam kilka miejsc związanych z miejscową legendą - księdzem proboszczem powieszonym w czasie wojny przez Niemców wraz z dziewiętnastką innych lokalnych mieszkańców. Ale o tym kiedy indziej.





Przechodzę pod kwitnącymi (sic) kasztanami


i skręcam w uliczkę szumnie nazwaną ulicą św. Wojciecha.

Ulica wiedzie w górę. Do kościoła św. Wojciecha. 
Legenda lokalna głosi, że św. Wojciech w drodze z Krakowa na Prusy (gdzie go zabili) szedł właśnie tędy i gdzieś tu nad brzegiem Wisły zatrzymał się, a nawet odprawił mszę. Tam podobno już w X wieku zbudowano kapliczkę, potem kościół. Podczas jakiejś powodzi kościół utopiło, zbudowano więc drugi, dalej od brzegu, ale ten też dotrwał tylko do kolejnej wielkiej wody. Dlatego obecny kościół zbudowano na szczycie jednej z nadwiślańskich górek. Było to w drugiej połowie XVIII wieku, a ufundowali go, jak na okolicę przystało, Czartoryscy.  



Kiedyś ta figurka patrzyła na Wisłę i świat poza dziedzińcem (cmentarzem) kościelnym. Ostatnio odwrócono ją twarzą do kościoła. Znak czasów?


Tak więc Maryja patrzy sobie na te drzwi.


Obok wejścia tablica pamiątkowa.


Tak, _ta_ Ewa Szelburg-Zarembina. Urodziła się niedaleko stąd i parę lat tu gdzieś mieszkała. Potem mieszkała gdzieś z drugiej strony Wisły, pod Nałęczowem. 

Przy okazji: to jest kościół, w którym mnie ochrzcili. Ale tablicy pamiątkowej nie ma. :P Chrzcielnica też chyba nowsza niż moja księga chrztów.


Kościół zamknięty, można wejść tylko do przedsionka.



Ten witraż też, zdaje się, dość ostatnio zrobiony.


W ogóle kościół był totalnie rozwalony w czasie wojny i to, co teraz widać, to zręczna rekonstrukcja. Oryginał obrazu z głównego ołtarza też, zdaje się, jest w muzeum diecezjalnym, nie tu.


Wychodzę. Po lewej stoi dzwonnica, podobno też z końca XVIII wieku, z prawdziwymi dzwonami. Prawdopodobnie jedno z ostatnich miejsc, gdzie jeszcze dzwonią dzwony, a nie gra MPtrójka.



Wychodzę z placu kościelnego tyłem, od zakrystii.


Te kolumienki między oknami to nagrobek niejakiego Piotra Kluczewskiego, który zmarł w 1825. Prawdopodobnie starym zwyczajem pierwszy cmentarz był dookoła kościoła. Teraz jest niżej. Więc schodzę. 

Na drucie siedzą dzwońce.


Cmentarz w czasie wojny też bardzo oberwał, duża jego część została mocno zbombardowana, większość starych grobów poszła w drabiazgi. To jeden z najstarszych:


O cmentarzu szczegółowo kiedy indziej. Dziś tylko rzut ogólny


i dwa szczególiki.


Sprzątam rodzinne groby, wracam. Tym razem szosą, widzę kościół z dołu.


Zachmurzyło się. Nad Wisłą też.


Na liczniku mam 15 tysięcy kroków. Wracam.

środa, 18 września 2024

przedjesiennie nad starorzeczem

 Wyrwałam się na spacer po pracy z uczuciem, że za chwilę zwariuję, jeśli nie wyspaceruję tego wszystkiego... A więc spacer ul. Zieloną. Mijam willę z końca XIX wieku, podobno z bogatą historią. 


Willa została całkowicie odnowiona i podobno są w niej pokoje do wynajęcia dla turystów.


Wiem o niej tylko tyle, że kiedyś mieściła się w niej jakaś szkoła, bodaj ekonomiczna (czy może wtedy mówiono: kupiecka?). Nie znalazłam ani jednego starego zdjęcia. Od kiedy pamiętam, budynek przy ul. Zielonej 28 wyglądał właśnie tak: 


Tyle, że ta brązowa farba była dużo bardziej oblazła.

Dochodzę do znajomego mostku na starorzeczu.




Łabędzie z trójką prawie już dorośniętej młodzieży.






W tle widać dwie czaple, takie:


Schodzę w wąską ścieżkę na lewo od mostka.


Idę brzegiem starorzecza, zupełnie go nie widząc - cały brzeg zarósł trzciną i pałką wodną.


I wszędzie latają ważki.




Na polach pusto.



We mgle majaczą chmielniki, z których zebrano ostatnio chmiel.


I nie wiadomo czego pilnuje łowiecka ambonka.


Na horyzoncie budynki ZDUNGu. 


Idę brzegiem pola, obok rowu i kikutów wierzb. Aż do gniazda szerszeni w jednej z nich.


Iść dalej nie byłoby rozsądnie. Wracam.