sobota, 18 listopada 2023

spacer w deszczu

 Po okolicznych ulicach i skwerach, jakieś 2 tysiące kroków. 

(googlemaps)

Podziwiałam resztki topniejącego śniegu


i gawrony. Dużo gawronów.



Czerwonym znacznikiem na mapie zaznaczyłam dawny młyn. 


Teraz jest to nowoczesny biurowiec, ale pamiętam, jak całkiem niedawno był to prawdziwy, działający młyn z dachem oprószonym mąką. Jakoś leciała przez przewody wentylacyjne. Wyglądał wtedy tak:

(https://basowypan.blogi.pl/)

Podobno ten młyn powstał zaraz po pierwszej wojnie. Oczywiście, że był to młyn motorowy, bo najbliższa woda to dopiero Wisła dobre parę kilometrów dalej. Za mojej pamięci działał na prąd, podobno na początku zasilał go gaz. Z rodzinnych przekazów wynika, że ten młyn nie świadczył usług mielenia zboża dla indywidualnych rolników, bo dziadek zboże do zmielenia woził gdzie indziej, chociaż było dalej. No ale to już była II wojna i okolice. 

Za zakrętem droga wiodąca po obrzeżach parku.



Mijam park, jest zdecydowanie za mokro na łażenie między drzewami. Wchodzę na skwer. 


Kiedyś centralnym punktem tego skweru był modrzew. Tu na starej pocztówce, chyba z lat 70-tych. Skwer wyglądał kompletnie inaczej.


Mój stary przyjaciel modrzew rósł sobie do 2010 roku i miał podobno 120 lat, był całkowicie pusty w środku. Obwód pnia na dole wynosił prawie 4 metry. Ponieważ groził wypadkiem, został ścięty, ale nie do końca:


Tuż przy nim posadzono metasekwoję, widoczną także dwa zdjęcia wyżej. To jest dokładnie miejsce po modrzewiu. Lubiłam ten modrzew. Był jednym z ulubionych miejsc zabaw jeszcze w czasach przedszkolnych. Dookoła pnia stały ławeczki ustawione tak, że siedząc, plecami opierało się o pień. 

A teraz metasekwoja (kto w latach siedemdziesiątych słyszał o istnieniu metasekwoi?), fontanna, róże.




Gawrony. Całe stada gawronów. Gawrony nie chodzą, one kroczą, chwiejąc się śmiesznie na boki, zabawnie dostojne, komicznie poważne. 



I jeszcze więcej róż. 




I anemony


i - na odskocznię od gawronów - gawronioczarny kos


i nieczarna sierpówka.


Śnieg już zupełnie rozmókł, ja rozmokłam prawie zupełnie. 

sobota, 11 listopada 2023

park

 Do parku mam może 5 minut piechotą.

Park jest duży. Ma ze 30 hektarów, kilka poziomów, masę zabytków i wiele egzotycznych gatunków drzew. Powstał w XVIII wieku, a do rozkwitu doprowadziła go księżna Izabela Czartoryska. 

Park zaczyna się dziedzińcem.



Na dziedzińcu mieszkają pawie, bażanty, w stawie różne ryby, a na trawnikach parę wiekowych drzew.

Z dziedzińca można wejść do parku właściwego.


W górnej części parku znajduje się większość obiektów zabytkowych i kilka porządnie utrzymanych alejek pomiędzy przeróżnymi drzewami.




Górna część parku kończy się skarpą w widokiem na starorzecze Wisły. Mieszkają tu wszelakie kaczki, łabędzie, a także, niestety, wzięte nie wiadomo skąd żółwie czerwonolice. 




Po drugiej stronie starorzecza są tereny doświadczalnego ośrodka rolniczego, ogrody działkowe, rezerwat  - las łęgowy, a dalej, całkiem niedaleko - Wisła. 

Dolna część parku też ma kilka ciekawych miejsc i bardzo dużo ciekawych drzew. Tyle, że jest dużo dziksza, mniej zadbana i bardziej wymazana niż górna część parku.



Do parku chodzę zwykle wtedy, kiedy nie mam czasu na dłuższy spacer - po czym okazuje się, że i po samym parku łaziłam dobre dwie godziny. :)

spacer do rolniczego zakładu doświadczalnego

 

                                                      (googlemaps)

Tym razem pokazuję zdjęcie satelitarne, bo widać więcej istotnych szczegółów. Spacer do ZDUNG i z powrotem, jakieś 5 tysięcy kroków może. ZDUNG to stara nazwa, teraz to Państwowy Instytut Badawczy Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa  - czy jakoś tak. Kiedy ZDUNG nazywał się ZDUNG, biegałam tam czasem na drobny zarobek. Sadziłam porzeczki albo nawlekałam tytoń do suszenia. Kilka razy byłam tam na kuligu z ogniskiem - dookoła tej kępy lasu, którą widać na mapie. Ten las to rezerwat - wszystko, co pozostało z pierwotnego lasu łęgowego. 

Żeby dojść do ZDUNG, trzeba przejść kawałek miastem, potem obrzeżami parku przejść przez wiślane starorzecze i dalej drogą przez pola.

Przy pierwszym większym skrzyżowaniu mijam Samotnię - jedną z dawnych willi, obecnie restauracjo-kawiarnię, zresztą całkiem niezłą. 







Charakterystyczne dla niej są smoki z kwiatkami na końcu ogona i główki a'la wawelskie, nie mogę się doszukać, czyje. Podobno kiedyś mieszkała w niej pani generałowa Łucja Rautenstrauch z rodziną - stąd jeszcze niedawno kawiarnia nosiła nazwę Łucja. Potem dom sprzedano jakiejś rodzinie żydowskiej, która w wilii prowadziła wytwórnię octu (dlatego restaurację nazwano teraz Starą octownią). W czasie wojny i po wojnie willa stała pustką, niemal w ruinie. Pamiętam ją mniej więcej w takim (i gorszym) stanie:

(http://old.tpp.pulawy.pl/)

A pierwotnie miała wyglądać tak:
(https://polska-org.pl/)


Idę dalej. Skręcam w prawo z ulicy, wchodzę na obrzeża parku. W trawie miga mi sójka z żołędziem w dziobie.


Pokręciła się, poskakała, i szybciutko schowała żołądź w liściach obok palika płotu. Na wiosnę komuś pewnie dąbek wyrośnie, no.



Dwa kroki dalej w trawie skacze dzięcioł zielony.


Idę dalej. Dochodzę do mostka na starorzeczu.


Pływa pięcioptasia (przecież nie pięcioosobowa?) rodzina łabędzi.


A na przybrzeżnym krzaku przysiadł zimorodek.


Ciekawe, jak trudno go zauważyć, mimo baaardzo jaskrawego upierzenia.

Idę dalej. 

Na prawo mam rezerwat - las. Resztkę lasu.


Dookoła puste pola i chmielniki. Nowoczesne, białe, chyba metalowe


i tradycyjne, z drewnianych bali.


Dziś na chmielniku siedzi wrona. To u nas rzadki (i raczej zimowy) widok.


Dochodzę do ZDUNG. Stara suszarnia tytoniu czy może chmielu, dokoła nowsze budynki, maszyny rolnicze, stosy drewna i starych palet. 


Dalej jest już tylko błotnista droga wśród pól, chmielników i sadów. W dzisiejszą pogodę nie warto tam iść.

Wracam. Na barierce mostka na starorzeczu siada rudzik, ale jest szybszy niż migawka. Za to na pożegnanie ze spacerem pojawia się on:





Też mi trochę uciekał z kadru :), no ale jakoś tam go złapałam. Satysfakcja ze spaceru: 100%.