Tegorocznej zimy jakoś gile :klik: nie narzucają się swoją obecnością. Widziałam jak dotąd słownie dwa. Ostatniego wczoraj. Dlatego dziś ujęłam aparat i wybrałam się na najbliższy skwer na krótkie polowanie na gile. Krótkie, bo akurat było minus sześć i prószył lekki śnieżek.
Gilów nie było nigdzie.
Na wierzchołku jakiegoś drzewa porośniętego niżej jemiołą zasiadł śliczny paszkot.
Było parę gawronów :klik:
a nawet ze dwie bogatki :klik:
ale gila ani jednego. No nic, idę.
Spod śniegu wyglądają liście jakiś pierwszych geofitów, które zdążyły wyrosnąć przez ostatnie kilka dni odwilży, a teraz, obawiam się, złapał je mróz.
Ręce, chociaż szczelnie schowane w rękawiczkach, zdążyły mi zgrabieć, więc skręcam w kierunku domu - pod pewien jesion, który mijałam już minimum trzy razy. I... i coś się tam rusza.
No przecież, że dzięcioł. :klik:
Nad głową mam minimum trzy świeżutkie dziuple.
Pod nogami mam świeże ślady dzięciołowego kucia. Brudny śnieg.
I pomiędzy skrawkami kory i obdziobanymi glonami i kawałkami porostów nagle spada mi na głowę skrzydlaczek jesionu. O, kurcze. O, gil.
Wlepiam ślepia w jesionową koronę. I - mam. Szara gilowa samiczka.
Trzecia.
Same panie? - myślę. - Nie no, panowie też gdzieś muszą być. No ale nad głową ciemno, pochmurno, wszystko beznadziejnie szare. Kręcę się wokół jesionu tam i z powrotem, zimno mi jak pieron, już-już mam iść do domu, a tu - jest!
Nie wiem, dopiero teraz przyleciały, czy ja ich nie widziałam? Nagle jest ich pełno.
Pykam i pykam, aż w końcu zmarznięte palce nie wciskają już migawki. Trzeba schować aparat i ręce do kieszeni - ręce, a jakże, w rękawiczkach. I biegiem do domu.
W każdym razie dementuję plotki, że w tym roku nie było gilów.
Mam nadzieję, że zostaną przynajmniej do poniedziałku :) U nas w tym roku nie widziałam, ani nie słyszałam.
OdpowiedzUsuńniestety, bardziej prawdopodobne, że w poniedziałek przywitają Cię już szpaki. :P Ma być plus osiem i deszcz.
Usuń